Historia Katarzyny
Od spuchniętego kolana po fitnessie do choroby

To było 4 lata temu. Ćwiczyłam okazjonalnie na zajęciach fitness, ale gdy syn wyjechał z klasą na wycieczkę, poczułam przypływ wolności i poszłam na wszystkie najtrudniejsze zajęcia – codziennie jedno, a pod koniec tygodnia nawet dwa dziennie. Przesadziłam z przysiadami. Wykonywałam je w tak wielu konfiguracjach, że aż dziwiłam się, że daję radę. Pojawiły się zakwasy i wrażenie, jakby spuchło mi kolano (tak „od wewnątrz” - nie mogłam go zgiąć do końca jakby czegoś w nim było nagle więcej). Po kilku tygodniach zrobiłam USG kolana, które niczego nie pokazało. Na wszelki wypadek miałam brać jakieś ogromne dawki ibuprofenu na stan zapalny, ale ze strachu o żołądek wzięłam go tylko kilka razy.

Po kolejnych miesiącach i ciągłym uczuciu pełności w kolanie, poszłam do ortopedy, który zlecił mi szereg badań twierdząc, że to raczej nie uraz, więc trzeba szukać innej przyczyny. Mimo jego zaangażowania, nie wpadł, niestety, na podejrzenie zakrzepicy.

Potem wyjechałam na urlop – pływałam, zwiedzałam pieszo, leżałam na plaży w dużym upale. Z kolanem nie było lepiej, a do tego zaczęłam odczuwać jakby raz na jakiś czas coś przechodziło mi przez serce. Wyobrażałam sobie to podobnie do połykania większych kawałków jedzenia, tyle że w sercu. Poszłam do lekarza, który nie wiedział co mi jest, ale na wszelki wypadek wysłał mnie od razu na EKG. Tam wyszło, że mam blok lewej odnogi pęczka Hisa (od dzieciństwa, ale wówczas o tym nie wiedziałam), podejrzewano też inne problemy kardiologiczne, więc na cito dostałam skierowanie do kardiologa. Pani doktor zbadała mnie bardzo dokładnie i wymacała pod moim kolanem małe zgrubienie. W sumie to mnie trochę bolało, ale przecież chodziłam dwa razy w tygodniu na ekstremalny wycisk na rowerach stacjonarnych, więc byłam pewna, że to zakwasy i tyle. Na co dzień nie czułam bólu pod kolanem, bo zwykle chodziłam w szpilkach, a ból pojawiał się tylko w momencie stania na płasko. Dostałam więc skierowanie na dopler żył głębokich. Po badaniu kazano mi natychmiast pojechać do przychodni. Tam po obejrzeniu wyniku doplera i D-dimerów, które zrobiłam w międzyczasie, nie chcieli mnie już wypuścić, ale uparłam się wrócić do domu, by pozałatwiać najpilniejsze bieżące sprawy. Spakowałam rzeczy, włosy ufryzowałam i w moim ulubionym obuwiu (szpilki), energicznym krokiem weszłam na SOR. Obecny tam pielęgniarz zapytał, w jakim celu przyszłam. Pokazałam więc wynik doplera, spytał o D-dimery i wtedy kazał mi się natychmiast zatrzymać, a potem posadził mnie na wózku. Od razu zrobiono tomografię i skierowano na OIOK.

Najgorsze było znaleźć się nagle na sali leżących nieruchomo osób pod aparaturą różnego typu. Ja - ta zdrowa - na jednej sali z ludźmi walczącymi o życie! Spędziłam tam pięć dni walcząc z pielęgniarkami o każde samodzielne (i na własnych nogach) wyjście do toalety.

Duszności dopadły mnie dopiero tydzień po wyjściu ze szpitala. Czułam nabieranie powietrza i to, jakby ono nie chciało wejść dalej niż do gardła. Dopadło mnie w nocy, ale nie chciałam obudzić dziecka (klasa maturalna, musiał się wyspać przed szkołą), więc starałam się nie hałasować w swoim pokoju, nie panikować, skupić uwagę na czymś innym, np. na książce i tak wytrwałam do rana. Potem miałam jeszcze dwa dni na płytkich oddechach, aż trzeciego dnia rano mogłam wreszcie odetchnąć tak normalnie, głęboko - ogromna radość i przyjemność jednocześnie. To był dopiero moment, w którym uświadomiłam sobie, że jestem chora. Wtedy to do mnie dotarło i spowodowało szok ogromny. Wcześniej, mimo pobytu na OIOK-u, czułam i byłam o tym przekonana, że nic mi nie jest.